niedziela, 8 września 2013

wearing the inside out.

Edytuj post 46 komentarzy
Rockowy styl wraca do łask. Po raz kolejny. Przechadzając się tu i ówdzie, obserwuję czasem, jak w danej chwili obowiązujące trendy wykorzystują ludzie. Nierzadko są niemalże idealnymi kopiami ilustracji z gazet o modzie.

A ja jakoś nie do końca to pojmuję, akceptuję i naśladuję. Zawsze wydawało mi się, że ubiór albo jego mniejsze lub większe elementy odrobinę odzwierciedlają to, jacy jesteśmy, co nas pasjonuje. Chociaż w jakimś ułamku. Jakimkolwiek.

Co gorsza, chyba brzmi to dziwnie i naiwnie.


Jesień idzie. Czas ukochanych, grubych swetrów, parujących herbat nad pożółkłymi kartkami książek, rdzawych krajobrazów, gwieździstych nocy i przemyśleń. Jedyna refleksja, jaka nasuwa mi się teraz to świadomość, że z czasem uczymy się mówić mniej, trochę silniej zagryzać wargi i częściej asekuracyjnie się uśmiechać. Mimo to niektóre rzeczy pozostają jeszcze niezmienne, ale nigdy już niewypowiadane.


środa, 31 lipca 2013

homesick.

Edytuj post 54 komentarze
Jakiś czas temu miał miejsce dzień, w którym pojawiło się pytanie: "Czy kiedykolwiek uda mi się być na koncercie The Cure?" I tak trwało, nie dając spokoju... Podobne refleksje pojawiają się często, ale zawsze tkwią gdzieś z tyłu głowy, przykryte bagażem dnia codziennego. Tym razem było inaczej.

Chyba każdy z nas ma w sercu inspiracje, które w jakiś sposób go kształtują lub zwykły kształtować. Jedni próbują o nich zapomnieć i wymazać rzeczywistością, inni oddają się im w całości, pielęgnując, nie pozwalając na ich przyćmienie. Być może zależy to w dużej mierze od wieku (oby nie).

Z całą pewnością mogę stwierdzić, że zespół The Cure ma w moim sercu unikalne miejsce. Kiedy widzę Roberta Smitha z bujną czupryną, rozmazaną szminką i gitarą, nie umiem się nie uśmiechać. Ten człowiek stworzył przekorny obraz samego siebie, nigdy nie dając się zaszufladkować w określone nurty czy subkultury. Wielu wzoruje się na nim, czyniąc zeń ikonę sztucznych stylów. A on znów wychodzi na scenę, z niezmiennie lekko za(nie)dbanym wyglądem, jakby pokpiwając z całego świat(k)a. Swoją oryginalną wrażliwość zamienia w głębokie, niebanalne teksty. Oczywiście, jak wszystkim wielkim muzykom, zdarzały się i w jego przypadku różne perturbacje, ale mimo to za każdym razem wygrywała miłość do muzyki. Dzięki jego zaangażowaniu zespół cały czas istnieje i koncertuje.

Simon Gallup - jeden z najlepszych basistów na świecie - niejednokrotnie doprowadzał skórę do drżenia, tworząc gitarowym brzmieniem klimat charakterystyczny tylko dla The Cure. Każdy instrument w zespole wykorzystany jest w sposób bardzo przemyślany, spójny. Wyjątkowy, przejmujący głos Roberta nadaje całości niepowtarzalny charakter.

Tak, tylko tej muzyce ufam w pełni, daje się jej prowadzić, za każdym razem odkrywając więcej (co ciągle nie przestaje mnie zadziwiać).

Można by pisać wiele na temat dokonań, analizować i zastanawiać się, jak to możliwe, że zespół niedający się w pełni zakwalifikować do żadnego gatunku muzycznego, stanowi klasykę muzyki rockowej. Mój numer jeden to płyta "Disintegration" z tytułowym utworem na czele. Z różnych względów. Jeśli kiedyś uda mi się kupić gramofon, będzie to z pewnością pierwsza płyta winylowa, której zacznę szukać.


poniedziałek, 29 lipca 2013

Moon pulls.

Edytuj post 32 komentarze

Niepokój. To uczucie trwa nieprzerwanie podczas oglądania filmu "Melancholia" oraz po jego zakończeniu. Zdaję sobie sprawę, że nie opisuję teraz nowej, zaskakującej produkcji i na pewno komentarzy pojawiło się już wiele. Napiszę kilka zdań od siebie - mimo to.

Niektórzy twierdzą, że fabuła przedstawia studium zaawansowanej depresji. W opinii innych, jest to zbyt bajkowa prezentacja katastroficznego końca. Jakaś część widzów z kolei uważa, że ukazane zostało realne zagrożenie, którego zaistnienie jest jak najbardziej możliwe, a nasza wszechstronnie rozwinięta cywilizacja prawdopodobnie zawsze będzie całkowicie bezsilna. I pewnie wszyscy mają rację. Przynajmniej po części.

Ja, oglądając film, skupiłam się na uczuciach matki. Uczuciach, które występują zawsze w sytuacjach zagrożenia, nieważne jak wielkie i beznadziejne by ono było. Rozpacz Claire i jej świadomość absolutnej bezradności wstrząsają dogłębnie. Matka nie może uchronić dziecka przed niebezpieczeństwem. Może trzymać je w ramionach, może tulić je do woli, może złożyć miliony pocałunków, które do tej pory zawsze leczyły każdy ból, jednak tym razem wie, że śmierć jest niechybna. Być może do końca ma mikroskopijną iskrę nadziei, nawet w momencie zagłady. Dlatego krzyczy, dlatego cierpi, dlatego nie czeka spokojnie.

Bo kiedy duszę obezwładnia obojętność, umierają uczucia, znika głębia spojrzenia i (nie) czeka się już na nic.


wtorek, 2 lipca 2013

people always look better in the sun.

Edytuj post 26 komentarzy
I znów można próbować przypominać sobie, jak się oddycha; jak to jest, kiedy nie trzeba biec. Choćby trwało to krótką chwilę...

Ja wykorzystuję coś, czemu zawsze oddaję się bez pamięci. Muzykę. Żywą, na wyciągnięcie ręki, prawdziwą. Właśnie zakończył się Halfway Festival. Mnóstwo rozmów z Artystami, mnóstwo niezapomnianych chwil. "You're a great hugger." z ust SoKo czy najsłodsza kradzież długopisu przez Emilianę Torrini to tylko pierwiastki uroczych momentów. Widok tych utalentowanych, nieskomercjalizowanych, ukochanych Muzyków, tak spokojnie przechadzających się uliczkami Białegostoku (który na te trzy dni stał się niepowtarzalną stolicą indie i szeroko pojętej alternatywy); Sóley, SoKo, Emiliany gawędzących, siedzących na trawie, nigdzie się nieśpieszących, próbujących poznać publiczność i siebie nawzajem. Inspirować się, czerpać. Bezmiar przeszywających nut, talentu, bezmiar zaskoczenia, łez na scenie i wśród publiczności, bezmiar prawdy i piękna. Słowa są niewystarczające, by choć trochę opisać ten cudownie kameralny świat.


A teraz szybkie pakowanie i czas zacząć Open'er. I nie przestawać oddychać. I nie przestawać się wzruszać.


Zatraćmy się w tym, co kochamy. Żeby serce zaczęło bić mocno, żeby krew krążyła szybciej, żeby pozostały wspomnienia, których nie sposób zapomnieć i które, w razie potrzeby, ukoją każdy zakamarek duszy. Szczególnie w powakacyjnej przyszłości...



sobota, 15 czerwca 2013

history song.

Edytuj post 32 komentarze
Siedzę przy biurku, pochłaniając (kolejny dzień z rzędu) talerz truskawek na kolację (trzeba przecież jeść jak najczęściej, zanim ich zabraknie) i w krótkich przerwach - pomiędzy jednym kęsem a drugim - rozmyślam.

Całe życie wydawało mi się, że wszystko, co przeżyłam, zdarzyło się niedawno; że cała historia jest na wyciągnięcie ręki. A przecież... Lata dziewięćdziesiąte stały się przeszłością; dekadą, do której można już tylko wracać z sentymentem. Pojawiło się wtedy wiele charakterystycznych osobowości na polskiej scenie rockowej, wspaniale rozwinął się britpop w Anglii. Sporo było w nich też kiczu, sporo wschodzących "gatunków" muzycznych, które narodzić się i trwać nigdy nie powinny - w moim mniemaniu. :)

Jednak nic nie zastąpi smaku gumy Turbo; sławetnych Magic Stars, które dostawało się najczęściej w wyjątkowych momentach; oranżady "na miejscu" po całym dniu spędzonym na dworze; "Don't Speak", "Your Woman" czy "Missing" budzących do przedszkola każdego ranka; "Mamo, przytul mnie", zanim wyjdę z łóżka i zacznę się ubierać; "Tato, chodźmy coś porobić", pierwszego seansu filmu "Titanic" z trzeszczącej kasety video, oglądanego późnym wieczorem z kochanymi sąsiadkami z parteru czy "Mamoooo, rzuć picie!" z trzeciego piętra...

Można by wymieniać bez końca. Jak tu nie tęsknić? Życzę wszystkim dzieciakom takiego dzieciństwa - żeby po latach myśl o przeszłości wlewała w ich serca ciepło, a nie przynosiła czarną dziurę z powodu braku wspomnień.

A co Wam kojarzy się z tą dekadą?


piątek, 26 kwietnia 2013

ride away.

Edytuj post 28 komentarzy

I zaczęło się. Prawie wszędzie uśmiechnięte twarze, eksplozja kolorów i wiosennych trendów. Biegacze układający myśli w rytm słuchanej muzyki i rowerzyści odpoczywający po całym dniu.

Dobrze jest mieć rower. Dobrze, że jest tu tyle ścieżek rowerowych i zieleń, która staje się coraz bardziej intensywna. Czasem myślę, że osoby piszące nieustannie SMS-y podczas jazdy albo bez przerwy rozmawiające przez telefon, nie do końca korzystają z uroków takiej formy rekreacji, ale z drugiej strony...chyba trzeba się cieszyć, że ludzie wciąż chcą odpoczywać na rowerach. W ogóle.

Dobrze jest pojechać gdzieś daleko, zmęczyć się odrobinę i włączyć muzykę. Krzyczeć w duchu do rockowych piosenek, krzyczeć bezgłośnie i próbować odreagować. Nawet jeśli nie zawsze to pomaga.

Wsiadajmy na rowery i nabierzmy trochę powietrza do płuc!


środa, 10 kwietnia 2013

want to be bad.

Edytuj post 10 komentarzy
Kilka tygodni temu sięgnęłam, pierwszy raz od dawna, po książkę z nurtu tzw. nowej prozy polskiej - "Cwaniary" Sylwii Chutnik. Język typowy dla współczesnych książek: suchy, przenikliwy, ostry, pozostawiający szeroko otwartą furtkę do czytania między wierszami. Nie ukrywam, że brakowało mi pozytywistycznych opisów przemyśleń, do których jestem tak bardzo przywiązana. Po chwili jednak uświadomiłam sobie, że moje myśli kształtują się w podobny sposób, mimo iż nie przelewam ich na papier. Fakt ten w konsekwencji sprawił, że sposób pisania Chutnik trafił do mnie dość skutecznie.

W książce zostały poruszone liczne tematy. Można w niej znaleźć monotonię i prozę codziennego życia, beznadziejną walkę w imię sprawiedliwości społecznej, różnego rodzaju opisy Warszawy, która chce zapomnieć o bolesnej historii, usunąć wszystko, co stare i brzydkie, zastępując szeroko pojętą nowoczesnością. 

"Cwaniary" to powieść o zemście, o nieustannej walce starego z nowym, o ideałach i ich braku, o buncie jednostek, który okupiony będzie tragicznymi konsekwencjami. Wszystko zostało jednak ukazane w sposób prosty, bez patosu, komentarzy, wprost.

Niektórzy mogą twierdzić, że zbyt to siermiężne, niedelikatne, może niesmaczne. A ja obawiam się, że żyjemy w czasach, w których inaczej wyrażać się już chyba nie da, jeśli chce się dotrzeć do najgłębszych warstw duszy - zakrzyczanego przez codzienność - współczesnego człowieka.

Dopiję tylko kawę i jednak wrócę do klasyki. Tam słowa otulają ciepłym płaszczem, tam wszystko musi być kształtne i piękne, tam zawsze czuję się bezpiecznie...


sobota, 6 kwietnia 2013

the beginning of Anne.

Edytuj post 13 komentarzy

"Anna Karenina" to książka, którą dość dawno temu przeczytałam jednym tchem. Mogłabym napisać wiele o jej niezliczonych walorach, a niejeden filolog znalazłby ich pewnie jeszcze więcej.

Z wielką rezerwą podchodziłam zawsze do wszelkich ekranizacji tak wybitnych dzieł. Wersja francuska z roku 1997 podobała mi się jedynie dlatego, że aktorka grająca tytułową bohaterkę była bardzo podobna do Anny z mojej wyobraźni.

Parę tygodni temu obejrzałam kolejną ekranizację. Tym razem z Keirą Knightley. Reżyser pracował już w podobnym składzie niejednokrotnie i przyznam szczerze, że za każdym razem jego filmy mnie wzruszały - w szczególności "Pokuta". Być może za sprawą świetnego Dario Marianelli, którego muzyka buduje charakterystyczny nastrój. Keira też bardzo dobrze sprawdza się w rolach kostiumowych. Ekranizacja dzieła Tołstoja pozostawiła jednak...wielki niedosyt. Doceniam zamysł scenarzysty, by celowo wprowadzić teatralizację. To wskazuje na fakt, że twórcy filmu nie chcieli ukazać fabuły w sposób oczywisty, bo treść książki taka absolutnie nie jest. Ja, niestety, jestem zdania, że wspomniana teatralizacja scenerii, akcji czy wypowiedzi wprowadziła niepotrzebny chaos i nienaturalność. Co więcej, uważam, że tylko Rosjanie potrafią najlepiej oddać klimat dzieł swoich przodków. Muzyka, zachowanie, gesty, mimika, scenariusz... Klasyka literatury rosyjskiej jest bardzo charakterystyczna, piękna i chyba za to kocha ją tak wielu ludzi na świecie. Przynajmniej ja.

Wydaje mi się, że dzieł takich jak "Anna Karenina" zekranizować się nie da. Za dużo tam różnorodnej treści. Każdy scenariusz zawsze pominie większą część, bez której ta książka istnieć nie może, bo dzięki Tołstojowi tworzy spójną, nierozerwalną, najlepszą całość.


piątek, 5 kwietnia 2013

go on, say it.

Edytuj post

Kontynuacja bloga: www.mala0czarna.blog4u.pl. Tutaj nic się nie zmienia. Każda notka jest w dalszym ciągu zatytułowana jakimś utworem, a ciąg chaotycznych myśli niekiedy przelewam na trzeszczącą klawiaturę.

Witam ponownie i zapraszam najcieplej.


 
Credits crazykira-resources | LeMex ShedYourSkin | ferretmalfoy masterjinn | colourlovers FallingIntoCreation